Witam ;)
Tym razem opiszę jeden z nowszych filmów, a mianowicie Jeźdźca znikąd.
Jest to historia John'a Reid'a - stróża prawa, który z miasta gdzie studiował wraca do domu znajdującego się gdzieś na prerii. Jak łatwo się domyślić prawo w mieście i prawo na dzikim zachodzie bardzo się różnią, czego bohater musi się nauczyć. Dzieje się to w sposób dość gwałtowny, gdy podczas podróży, w pułapce zorganizowanej przez gang Butcha Cavendisha, ginie jego brat i towarzysze. Sam John, również ciężko ranny zapada w śpiączkę. Ratuje go Indianin Tonto, namówiony do tego przez magicznego (według wierzeń indiańskich) białego konia. Po wyzdrowieniu stróż prawa zakłada maskę i jako jeździec znikąd chce zaprowadzić porządek i pomścić brata. Okazuje się to niełatwym zadaniem, gdyż nie wszyscy są tym, za kogo się podają.
Co ciekawe cała historia jest opowieścią snutą przez starego Indianina pracującego w muzeum Dzikiego Zachodu.
Cóż, mnie ten film nie powalił. Czegoś mi brakowało. Najciekawszą postacią okazał się koń, humor był jakby trochę wymuszony, sama historia ciut pogmatwana. Na plus przemawia ścieżka dźwiękowa Hansa Zimmera, która (jak mi się wydaje) stylizowana była na Ennio Morricone. Owszem, było kilka mocniejszych i ciekawych scen i polecam ten film, jeśli ktoś ma ochotę obejrzeć sobie coś luźnego tak dla rozrywki i zabicia czasu :P
Ocena ogólna... no dobra, niech będzie 6+/10.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz